Na liście FURS Top 20 doszło do pewnej stabilizacji. Już od dawna nie zdarzyło się, żeby żadna z nowości nie wbiła się szturmem na pudło (szybki wgląd w papiery udowadnia, że ostatni taki przypadek zaistniał jednak... 3 tygodnie temu, hehe, ale to i tak wyjątek potwierdzający regułę). 114 tydzień z singlami to na pewno dobry czas dla dużych i uznanych firm, bo zarówno Arcade Fire jak i Yeasayer nigdzie się z czołówki nie wybierają, a i Clinic w glorii chwały powrócił na podium. Tak jak przed dwoma tygodniami mogła dziwić obecność Weezera, tak teraz pewien szum kontrowersji i konsternacji wnieśli The Dandy Warhols, których ni to stary ni to nowy utwór raczyła docenić zawsze zwarta i gotowa gwardia ultrasów portlandzkiego bandu.
Hmm, jakoś ta "świetna", w opinii wielu, paczka nie zmiotła nam czołówki. Faworyt notowania - Icarus Himself, zakończył pogoń na czwartym miejscu. I BARDZO DOBRZE, chciałoby się rzec, bo w takim ustawieniu pierwsze trzy miejsca wyglądają całkiem elegancko, a o Icarusie jutro większość zapomni. Ale ja nie o tym chciałam. Dużo ciekawsze od czołówki są ogony listy. Najniżej notowana propozycja: Summer Camp - Round The Moon (miejsce 84, 1 punkt na zachętę od heldunia). Kolejne nie lepiej: Ben Talmi - Ticking Of Your Bicycle (68, night zgłasza i daje 3 punkty - "aaa, bo takie to byle jakie"), Holy Spirits - Contain (67, stonysleep wrzuca 3, bo nie ma i tak, co z punktami zrobić). Mam nadzieję, że nowe zasady listy sprawią, że takie babole zdarzać się nie będą, a osoby proponujące piosenki będą za nimi stać murem i z defaulta dawać 5 i to nie raz, nie dwa, nie trzy. [stonysleep]
Jeśli chodzi o najciekawsze nowinki na liście, moim zdaniem warto zwrócić uwagę głównie na 3-4 pozycje. GROUPLOVE, Blonde Redhead, Icarus Himself i Broken Records (mimo wszystko). Kiedy słyszy się początek kawałka GROUPLOVE, głos wokalisty nie daje spokoju i nakłania do burzy mózgów pod tytułem "gdzie ja to już słyszałem". John Darnielle z Mountain Goats? Hmm, może trochę. Matthew Thomas Dillon aka Windmill? Może jeszcze więcej. Aaron Weiss z mewithoutYou? Zdecydowanie jak najbardziej, zwłaszcza w folkowej odsłonie swojej twórczości. "Colours" to właśnie specyficzna nosowość wokalu, bezpretensjonalna gówniarskość oraz melodie, jakie mieli kiedyś The Used, kiedy przez pięć minut zdarzyło się im być dobrą kapelą. Różnorodność ich twórczości, która nie jest obarczona tylko i wyłącznie takim stricte singlowym podejściem do sprawy pokazuje "Gold Coast", kolejna świetna kompozycja z EPki tych Kalifornijczyków mogąca porwać fanów takiego chociażby Now It's Overhead.
Cytując siebie, niczym Sajewicz Sajewicza w podsumowaniu dekady wg Screenagers, napisałem niegdyś, że nikt nie jest w tak cudowny sposób patetyczny jak Shearwater, i rzeczywiście - u Amerykanów taka cięrpiętniczo podniosła poza nijak mnie nie irytuje, nie irytuje mnie to w Twilight Sad, a nawet w Glasvegas. Broken Records, bo to oni teraz stoją przy tablicy, też cierpią na tę samą chorobę, a jednak wydaje mi się to kompletnie nieszczere i wykalkulowane, i gdyby Szkoci mieli budżet podobny do kaski jaką dysponuje manedżment powiedzmy 30 Second To Mars, w klipie do tej piosenki widziałbym wokalistę w roli Jacksona z "Earth Song" albo co w tym rodzaju. Słucham tego i mam wrażenie, że świat zaraz się posypie na kawałki, co w sumie mnie trochę bawi, ale nie wiem dlaczego strasznie mi się to podoba. Dziwne, bo płytowy debiut raczej nie miał zbyt dobrych rzeczy do zaoferowania. [night]
Icarus Himself – "Diggin Holes". Zblazowani i zmęczeni kolejnymi platynowymi płytami Arcade Fire nagrywają piosenkę z gościnnym udziałem Sufjana Stevensa i Zacha Condona! Pijane disco grane na czeskich potańcówkach od czwartej nad ranem. Schowany w cieniu Jacek Lachowicz, jak zwykle elegancko ubrany i uczesany, jednostajnie, acz skromnie pobudza opadające powieki do jeszcze jednego, ostatecznego podrygu.
Jesli chodzi o pozycję siódmaą notowania, czyli Broken Records, tak brzmieliby The Kilers, gdyby zamiast w elektronikę poszli w folk, a Brandon do stylowych wąsów dorzucił jeszcze nieodzowną brodę. Patosowato w tej piosence niczym w co mocarniejszych kawałkach Shearwater (wokal) czy Arcade Fire (wokal + budowanie napięcia). Gdyby ludzie wkładali tyle serca w budowanie kapitalizmu, ile w pisanie takich piosenek, to byśmy właśnie teraz pływali na czterosobowych materacach gdzieś w okolicy wód termalnych Ojca Rydzyka.
Utyskiwałem, że płytowo Blonde Redhead popłynęli w monotonię. Jednakowoż, jeżeli rozprawiamy tutaj o piosenkach, to "Not Getting There" broni się lepiej od oblężonego Malborka. Można powiedzieć nawet, że BR ocierają się tutaj o, na ich sposób rozumianą, przebojowość. Wplecione tu i ówdzie wyimki z "M.E." Gary’ego Numana dodają potrzebnego w twórczości Nowojorczyków pierwiastka ożywienia. Skośnooka Kazu Makino odpływa w swoich wokalizach niczym te wszystkie Japonki doznające w trakcie karaoke. Już widzę, jak Kazu smyra się tu i ówdzie jasnoróżowym, satynowym ręcznikiem jęcząc do mikrofonu "że ty coś tam, a ja to".
W przypadku GROUPLOVE widać, że mają temperament i do pracy podchodzą z pasją. Zaczynają gitarowo a kończą na fortepian i tamburyny, więc skoro sprawdzało się to w czasach The Beatles, to i dziś brzmi to zajebiście. Skład GRPLV może przypominać uszczuplone Los Campesinos! i to każe przypuszczać, że takie Colours może świetnie wybrzmiewać na koncertach.
Podoba mi się też struktura kawałka Suuns. Początkowa motoryka okraszona dobijaniem się o pierwszeństwo kolejnych instrumentów (m.in. ładnie oplatający bas) ustępuje w kulminacyjnym momencie miejsca aksamitnemu wokalowi, a następnie rzadko widywanemu ostatnio progresywnemu solo na gitarze elektrycznej. [held]
Pojawili się znienacka w 2008 z niezłym „Always, Sometimes, Seldom Never” wydanym dla Claire, jakimś cudem wychwyconym na naszym forum przez kolegę Emu. Nie narobili zbyt wiele hałasu, nie okazali się mega-charakterystyczni, ale na tle wlepiającej się wówczas w buty konkurencji chwilowo zaciekawili. „Ci to dobrzy są”, „no spoko muzyka”, „siódemkowe”, ale przytłoczeni kilogramami płyt ukazującymi się w kolejnych miesiącach trochę o nich zapomnieliśmy. Tymczasem ta czteroosobowa ekipa ma czelność wracać. Z materiałem pewniejszym, solidniejszym. Tak jakby się upewniali, że tym razem na bank nie polegną na górze przemielonych przez pasjonatów w zbyt szybkim tempie albumów.
Na swojej drugiej płycie amerykański zespół zawarł wszystko co w klasycznym, staroświeckim może nawet shoegaze ostatnich kilkunastu lat zachwycało i urzekało. W tytułowym „Distance” epicki smutek Slowdive spotyka na swej drodze echa podwodności i klimatu Daysleepers. W ciągu siedmiu minut grupa udowadnia jak długo można snuć dream-popowe, rozległe formy bez chwili znudzenia, a wręcz przeciwnie dopiero na takiej przestrzeni realizując je w pełni. Singlowe „Forgotten” przypomina o pomysłowych teksturach nowojorczyków z Mahogany, ewentualnie o kilku zabiegach My Bloody Valentine. „Innocent” kojarzy mi się jak najbardziej miło z Monster Movie. Wszystko wydaje się tu na swoim miejscu. Kapitalne melodie zawieszone na przestrzeniach rozkosznego, doskonałego brzmienia (dajcie mi Ride!), wokalne wzorowe harmonie Laury Watling i Matthew Bice’a. Kompozycje płyną, są niespieszne, gęste i szczegółowe. Kłania się niejako perfekcja w znajomości podwórka jakie przyszło im gospodarować. I choć grama nowatorstwa w tym nie zaznamy to całość pozostawia pod sporym wrażeniem.
„Distance” jawi się po prostu płytą cholernie przyjemną. Kojącą zmysły dwunastoma eterycznymi, rozmarzonymi piosenkami, oczarowującą atmosferą, miło odnoszącą się do tego co senny pop miał w swej historii do zaoferowania. Formuła jak widać wciąż nie wyczerpana, ma się w jak najlepszym porządku.
Sypnęło niespodziankami. Nie dość, że utwory poukładały się w ścisku widzianym dotychczas jedynie w tokijskim metrze to i kolejność wyszła nie taka jaką można było próbować przewidywać. Piosenki z miejsc od pierwszego do szóstego mieszczą się na łepku szpilku lub można by nakryć je czapką ale wynik idzie w świat i zwycięzcą o błysk szprychy zostali słynni już kierowcy ciężarówek z Australii - Midnight Juggernauts.
Uzbrojony w ładny obrazek "Vital Signs" spełnił zadanie godnego reprezentowania albumu, choć nawet niewybredni słuchacze dostrzegą, że jest on jedynie częścią większej drogowej epopeji i być może w konsekwencji sięgną po album sprawdzić jak rozwijają się poutykane tu i ówdzie wątki. Koledzy z drugiej strony Pacyfiku - Arcade Fire - tym razem dochrapali się niemal szczytu, gdyż "We Used to Wait" sprawia wrażenie solidniejszego od promowanego wcześniej tytułowego singla z "The Suburbs". AF to uznana marka i to zapewne pozwala z odrobiną optymizmu spojrzeć na kolejne notowania, w których Butler będzie mógł utwierdzać się w przekonaniu, że nadawanie imion ma wpływ na życie jednostki i po raz kolejny (po sukcesach na listach sprzedaży w UK, CAN, US etc.) będzie mógł zakrzyknąć "WIN!". Tuż za podium, niemal skrobiąc marchewki innej niespodziance pod nazwą Allo Darlin, znalazł się Yeasayer - nie pomogły modlitwy i etykieta "najlepszego koncertowego zespołu świata". Koncerty to jedno, teledyski to drugie - co prawda ja z klipu do "Madder Red" bardziej zapamiętałem Kristen Bell ale większość jednak skupiła się na umierającym potworku. Do wagi uzupełniania muzyki obrazem nie trzeba przekonywać kolejnych Aussie w zestawieniu. Akurat w przeciągu tygodnia Miami Horror zaprezentowali kolejny ładny teledysk a w nim tym razem brunetkę z oryginalnym makijażem i w tym właśnie upatrywał bym żabiego skoku z 18 na 6 pozycję, co w naszych notowaniach zdarza się przecież niezwykle rzadko.[held]
W tym tygodniu najlepszymi nowościami okazały się o dziwo najmniej znane z całego zestawu zespoły. Przy nazwie Teeth pojawiały się już zarówno Crystal Castles, jak i HEALTH - idąc na kompromis, można powiedzieć, że ich "See Spaces" to HEALTH remiksowane przez Crystal Castles z różowej płyty z dyskoteką w tytule. Te same inspiracje noise-rockowymi łamańcami można przypisać zamykającej pierwszą dziesiątce Bambarze, choć w tym przypadku bliżej zespołowi z Athens - nie tylko geograficznie, ale przede wszystkim pod względem natężenia hałasu - do nowojorskich Bogów zgrzytów i dźwiękowych dysonansów z A Place To Bury Strangers. Z pozostałych świeżaków warto pogłaskać po główce dwóch panów z Peter Wolf Crier z propozycją mogącą budzić skojarzenia z odległą przeszłością listy, kiedy to w 87 szczyty zdobywała Aloha. Wyróżnienia nie unikną też w tym przypadku chłopcy i dziewczyny z zespołu o przydługiej nazwie Mt. St. Helen's Vietnam Band, którzy nawet w tytule promującego najnowsze wydawnictwo kawałka nie mogli ukryć swojej radości. "Hurrah" według niektórych to piękny hołd złożony The Walkmen, według mnie swobodnie mogliby otwierać koncerty kolejnych już w tym krótkim tekście Nowojorczyków, tym razem z White Rabbits. [night]
Szybko sprawdziłem na co oddałem swoje cenne głosy i ku mojemu zdziwieniu ten autentycznie lekki i przyjemny kawałek z miejsca trzeciego Allo Darlin nie dostał ode mnie ani jednego punktu. Albo mi nie wykrywało go na plajerze, albo sam już nie wiem. Arcade Fire i Yeasayer, mimo że mają kilka fajnych piosenek na swoich płytach to dają takie no zupełnie średnie single. Gdzie jest 'Ready To Start' albo 'Mondegreen'? Miami Horror zapunktowało dzięki promocji helda na facebooku. Bambara kojarzy mi się z Crystal Castles, a na miejscu siedemnastym mój osobisty faworyt tego notowania - The Burns Unit z propozycją, która jest zupełnie inna od całej reszty z majspejsa (płyty jeszcze mi się nie udało zdobyć) i brzmi jak Sharukan spotykający Shakirę. [arfisz]
Raczej nie zwykliśmy pisać na łamach tego zina o składankach czy kompilacjach, ale nie ma się czego obawiać, bo nie złamiemy tej zasady, pisząc o najnowszym letnim składaku RMFu. Wydana w lipcu tego roku „They'll Only Miss You When You Leave”, obejmująca piosenki z całego, ponad siedmioletniego okresu twórczości Carrisa’s Wierd to prawdopodobnie najlepsza okazja do zapoznania się lub przypomnienia sobie tego kapitalnego amerykańskiego kolektywu, obdarzonego w niektórych kręgach statusem żywej legendy slowcore'u/sadcore'u/indie-folku/alt.country/americany (niepotrzebne skreślić). Okazja tym lepsza, że dream team z Seattle na początku roku ogłosił małą koncertową reaktywację połączoną ze wznowieniami swoich albumów.
Słowem wstępu, należy się może wyjaśnienie o co w całym tym malutkim zamieszaniu chodzi. Carissa’s Wierd można skrótowo określić ”zespołem, którym było Band Of Horses zanim stało się Band Of Horses”. W jego skład wchodzili między innymi późniejsi założyciele BoH, multiinstrumentaliści Matt Brooke, znany później z Grand Archives i obfitego zarostu oraz kolejny brodacz Ben Bridwell (w początkach kariery jeszcze młodziutki i gładziutki), natomiast tę ładniejszą stronę mocy stanowiły wokalistka Jean Ghetto i siedząca na perce Sera Cahoone. Po rozpadzie CW dwóm pierwszym udało się jakoś przetrwać i dłużej zakorzenić w świadomości słuchaczy, pozostałe dwie członkinie zespołu z Seattle przepadły w otchłani muzycznej nicości – Sera co prawda wydawała swoje country piosenki pod szyldem Sub Popu, ale pod względem jakości były to rzeczy nieporównywalne z dokonaniami macierzystej kapeli, Jean Ghetto razem z późniejszym perkusistą Bandy Koni - Creightonem Barretem, stała się częścią zespołu pod enigmatyczną nazwą S, o którym wypada tylko powiedzieć, że był, chociaż zapewne też ma swoich wiernych wyznawców których nie powinniśmy mu odbierać.
Mówiąc o "They'll Only Miss You When You Leave - Songs 1996-2003", mówimy w zasadzie o poprzedniej wyśmienitej kompilacji, dotkniętej bożym palcem Chrisa Walli - “Songs About Leaving” z dodatkiem kilku utworów z wydanego dwa lata później "I Before E" (swoją drogą też kompilacji), kilku kawałków z debiutanckiego albumu "You Should Be At Home Here" i debiutanckiej kompilacji (sic!) "Ugly But Honest" podsumowującej najwcześniejszy etap twórczości z lat 96-99. Tak, dość zagmatwane to wszystko. Biorąc jeszcze pod uwagę fakt, że niektóre piosenki zostały teraz wydane już po raz trzeci czy nawet, mamy tutaj do czynienia ze swoistą muzyczną "Incepcją", gdzie wszystko toczy się na kilku płaszczyznach i nikt nic z tego nie rozumie. Nie możemy w końcu mówić też o cwaniactwie wytwórni w sytuacji, kiedy wydającym ją labelem jest malutka Hardly Art, a płytę i tak kupi zapewne mniej osób niż Carissa’s Wierd miała członków. Ale przechodząc do konkretów i samej selekcji utworów, które tutaj zawędrowały, nie można było wybrać bardziej idealnie i lepiej nakreślić dokonania tej slowcore’owej drużyny marzeń.
W Band Of Horses, nie ma co ukrywać, głową, szyją i sercem całego projektu był niewątpliwie Bridwell – w Carissie sytuacja była odwrócona do góry nogami, wysyłając Bena w cień i delegując go do zajęcia mniej istotnego miejsca przy perkusji, samego Brooke’a stawiając na piedestale. Nie mogło być jednak inaczej w momencie kiedy był on razem z Jean głównym założycielem, a Bridwell (razem z Serą Cahoone) tylko i wyłącznie uzupełnieniem składu. I przez to nie mogło być miejsca na znane później z "Everything All The Time" potężne zaśpiewy, rzewne melodie i dźwiękową przestrzeń niosącą stadiony. To, co budowało niezwykły klimat wydawnictw tych chamber folkowców była paraliżująca wręcz intymność wzajemnego oddziaływania na linii Ghetto-Brooke, wolno sączące się dialogi i ciepła, wokalna interakcja przeplatana kluczowym tutaj dźwiękiem skrzypiec i brzmieniem leniwie snującej się akustycznej gitary. Kameralność i nastrojowość, slowcore’owo-sadcorowa gorycz przeplatana ze słodyczą niektórych melodii scalone z niezależnością i lo-fi-ową produkcją dawały obraz zespołu-perełki grającego w swojej własnej lidze, indywidualności z której nagrań emocje niemal wylewają się strumieniami.
Długość całej płyty idealnie zaś współgra z długością iście morisseyowskich tytułów. „Low Budget Slow Motion Soundtrack Song For The Leaving Scene” czy “The Color That Your Eyes Changed With The Color Of Your Hair” mimo, że nie zmieszczą się w okienku Waszej winampowej playlisty, na pewno powinny znaleźć na niej miejsce. Swoją drogą, trudno na tej trwającej prawie siedemdziesiąt minut przeprawie dla najbardziej wytrwałych, znaleźć pojedyncze momenty, na które trzeba zwrócić uwagę w pierwszej kolejności, ale jeśli ktoś chciałby za wszelką cenę odsączyć esencję z esencji, jego wybór powinien paść na najbardziej lapidarny tytuł całej tracklisty, „Die”, który z powodzeniem mógłby ten album promować na singlu, czy faworyta zestawu w postaci „All Apologies And Smiles, Yours Truely, Ugly Valentine”, w końcówce którego Brooke popada w rejony bliskie wczesnemu Death Cab For Cutie, naznaczonemu piętnem americany a'la Carissa. Bo to tutaj, obok skrajnie smutnych kompozycji mogących konkurować z najlepszymi momentami Low, znalazło się też miejsce dla fragmentów spuścizny amerykańskiego indie rocka Built To Spill. Na ogół stwierdzenie "wstyd nie znać" budzi we mnie uśmiech politowania, w tym wypadku jednak trudno o bardziej adekwatne określenie.
Ubiegłotygodniowa jedyneczka - Jens Lekman leci w dół z miejsca pierwszego w odległy niebyt listy, stając się pewnie w ten sposób jednym z rekordzistów pod względem najbardziej bolesnego spadku. Jego miejsce zajmuje jeszcze bardziej nieoczekiwana pozycja niż w zeszłym tygodniu, bo tak na pewno trzeba określić wzbogacony ładnym videoklipem "I'm Aware", nowy singiel zwiastujący album "Bubblegum", szósty już krążek w dorobku brytyjskiego Clinic. Tego nie spodziewaliby się nawet najwięksi optymiści stęsknieni tego typu grania.
"Trzydziestolatkowie zagłosowali", tak można określić sukces Clinic w 112 notowaniu FURS Top 20. Kto by pomyślał, że kwartet brytyjskich weteranów wydający dość tradycyjnego przecież singla dotrze kiedykolwiek na szczyt naszej listy. Nie żeby bez podstaw, bo "I'm Aware" to bardzo udana, podszyta niepokojem, lecz w gruncie rzeczy pogodna piosenka - czegoś takiego od nich jeszcze nie było. Środek listy zostawię do skomentowania innym - wspomnę natomiast o dwóch przegranych. Tyle ześmy sie napocili z Nightem odnośnie promocji duetu Detachments/Soft Moon, tymczasem nie dość że żadna z tych propozycji nie weszła do top 20, to jeszcze obie wyprzedził Hurley trzymający piwo, czytaj najnowszy Weezer. Śmieszne. [koala]
Tak, rzeczywiście dość zabawne, zwłaszcza że w ogonie marnują się tak mocarne kawałki jak "My Body" Young The Giant (o których kilka słów później), neworderowy "Acid Reign" Violens czy chociażby singiel Detachments, których z czystym sumieniem nazwać można brytyjskim podjęciem rękawicy na ciosy zadawane przez A Place To Bury Strangers, spóźnione co prawda, ale budzącą duże nadzieje na albumowy nokaut. Clinic na pierwszym, ze swoim narzucającym skojarzenia z trzeciorzędnym Radiohead "I'm Aware" to moim zdaniem też lekkie nieporozumienie - już odliczam dni do premiery kolejnych nowych singli Doves i Oasis, które w takim wypadku też podejrzewam o namieszanie w czołówce. Dla mnie epoka britu się skończyła.
Nędznie, a nawet żałośnie (bo jak inaczej określić 57 miejsce z jednym głosem... ode mnie) spisała się w tym tygodniu jedyna moja nowość - The Soft Moon. Pod tą dość słąbą nazwą kryje się jednoosobowy projekt Kalifornijczyka Luisa Vasqueza, tworzącego świetne, mroczne gitarowo-elektroniczne tła, równie dobrze mogące być podkładami do klasyków zimnofalowej epoki, stanowiąc pomost między mrokiem "Pornography", a twórczością Chameleons. "Parralels" to gotycko post-punkowy, chłodny minimalizm prosto od Captured Tracks, bezlitośnie wyprany z romantyzmu Wild Nothing, znacznie bardziej posępny niż dokonania Minks, w dodatku nastawiony na hipnotyczny trans a'la Killing Joke z ostatnich albumów, z tym że ogołocony z brutalnych gitarowych ścieżek. W takich momentach muzyka bez wokalu potrafi mnie zaintrygować. Zdecydowanie warto włączyć pozostałe jego single, a zwłaszcza równie wyśmienite "Bones", czy "Breathe The Fire".
Wracając do Young The Giant (poprzednio The Jakes), mimo że mają kontrakt z Roadrunnerem, nie są odzianymi w skórę i ćwieki, składającymi ofiary z młodych jagniąt metalowcami. Mimo że jeszcze żaden z muzyków zespołu nie może legalnie w Stanach kupić alkoholu, nie przeszkadza im to w pisaniu fajnych kawałków na trzeźwo (wyczytałem, że żaden z członków nie ma jeszcze 21 lat, po zajawkach video nie daję wiary). W "My Body" chłopcy krążą akurat w rejonach bliskich przebojowemu obliczu The Walkmen, White Rabbits czy The Maccabees, może nawet Kings Of Leon z początków kariery. Spokojniejsze momenty kawałka odsyłają do śp Voxtrota, a kalifornijskie pochodzenie i umiłowanie akustycznych sesji w dziwnych miejscach (czyt. "I Got" z sesji pustynnej) nasuwa skojarzenia z Local Natives z dodatkiem bardziej wyrazistego wokalu.
70 % pierwszej dziesiątki to nowości, więc też trudno o nich nie wspomnieć mówiąc o tym notowaniu. PS I Love You tym razem nie mieli wejścia godnego poprzedniego numeru, czyli błogosławionego tutaj "Facelove", ale "2012" po kilku przesłuchaniach też okazuje się megasolidnym kawałkiem. Słychać tu pasję i radość czerpaną z grania podobną do tej z pierwszej płyty Wolf Parade, więc może być dobrze. The Walkmen z kolei, może nie przywalili w kawałkach promujących "Lisbon" tak mocno jak w przypadku singli z "You & Me", ale też nie jest najgorzej. Po lekko rozczarowującym, dęciakowym "Stranded", dostajemy niepokojący, niepozornie skradający się "Blue As Your Blood", któremu siły starczyło na miejsce szóste. Land Of Talk, jako zespół namaszczony przez niektórych jako następca nieodżałowanego Sleater-Kinney też spisał się ze swoim "Swift Coin" na medal, podobnie jak brytyjskie Bear Driver. Jak napisał na forum ethan "Niby folktronika, niby of montrealowa kreacja, los campesinowe gówniarstwo czy tunngowy feeling to nie wiem dlaczego, ale przede wszystkim brytyjska odpowiedź na Thermals. Świetne." I przy tym pozostańmy. [night]
W zasadzie wszystkie okoliczności poprzedzające czeski występ Amerykanów z Yeasayer można uznać za wielce niesprzyjające. Otwieranie klubu, w którym Brooklyńczycy mieli wystąpić - praskiej Lucerny na "kilka sekund" przed samym koncertem można tłumaczyć chyba tylko i wyłącznie obawą organizatorów, żeby publiczność nie zdołała wlać w siebie wystarczającej ilości procentów potrzebnej do stworzenia koncertowej demolki pod sceną. Ale jeśli ma się tak mizerną publiczność, jaka zjawiła się tego wieczoru w Lucerna Music Bar, obawy takie powinny być rozwiane już na samym początku - Czesi (chociaż trzeba zauważyć, że znaczną część publiki stanowili Polacy) nie różniliby się chyba swoimi koncertowymi reakcjami nawet gdyby w grę wchodziły koncerty Iron Maiden i Antony And The Johnsons. Może to wina zbyt częstego puszczania w dzieciństwie Jożina z Bażin, naprawdę trudno jednoznacznie stwierdzić.
Kolejną kłodą rzuconą pod nogi okazało się spóźnienie samego zespołu o jakże niewielką w kontekście wielkości wszechświata, ale znaczącą w tym akurat momencie imponującą 1 godzinę i 45 minut (!!!). Swoją drogą imponujące jest też to, że mimo iż Chris Keating, Ira Wolf Tuton, wijący się tego dnia w spodniach od piżamy Anand Wilder oraz wspomagający ich na trasie brodaty perkusista i czarnoskóry bębniarz o aparycji kenijskiego maratończyka, zaczynali koncert od rejonów ujemnych (-2), zakończyli go gdzieś w okolicach noty 8/10, czyli obszarze bliskim koncertowego podium roku.Kiedy już wyszli, zaczęło się tak źle, jak tylko zacząć się mogło. Nie chodzi tutaj jednak o aspekt muzyczny, a o bolesny zapewne upadek Keatinga między sceną a podestem, z którego muzycy wychodzili, połączony oczywiście z potłuczeniem kufla piwa. Przykre, ale taka jest cena bycia niegrzecznym rockandrollowcem. Przechodząc do meritum, czyli MUZYCZNEJ STRAWY, zaczęło się wszystko tradycyjnie od niepozornego openera z drugiego albumu. 'The Children' sprawdził się w tej roli świetnie nie tylko na w odsłonie albumowej, ale i w wersji live, brzmiąc praktycznie identycznie jak na 'Odd Blood', którym Yeasayer uraczyli praktycznie w całości. Zabrakło jedynie 'I Remember' i 'Love Me Girl' - pierwszy wielkim highlightem nie jest, więc tym samym trudno go żałować, przy wstępie do drugiego chętnie by się jednak popląsało pod sceną.
Tak gdzieś do połowy gigu, przeplatali nowe piosenki z debiutem, wciskając we wszystko 'Tightrope', którego obecności w setliście mimo wszystko się nie spodziewałem. W zasadzie po każdym koncercie z którego wychodzę, stać mnie na wysnucie podobnie brzmiących wniosków. Kwestia "było bardziej transowo niż podejrzewałem" zawsze towarzyszy zdaniu "ależ było tanecznie" i nie inaczej było na imprezce rozkręconej przez nowojorski kwartet. '2080' bez wątpienia rozwaliło na kawałeczki i utwierdziło w przekonaniu że Chris Keating to prawdziwy boss - jego muzykalność, sceniczna prezencja, gesty i targane emocjami tańce połamańce, czynią z tego koleżki na pewno jednego z bardziej charyzmatycznych liderów we współczesnej muzyce. Hasło "Idę na Yeasayer = idę na Keatinga" nie jest przesadą, chociaż prześwitujący biały bezrękawnik podkreślający sutki Iry zdawał się mówić coś innego.
Od siódmego kawałka wzwyż rozpoczął się już spektakl pod roboczym tytułem 'Odd Blood Live'. Zaraz po sobie poleciało to, co Yeasayer mają na swojej drugiej płycie do zaoferowania najlepszego. 'Rome' (miazga), zaraz po nim 'Mondegreen' (m jak miazga), 'ONE' (miazga przez duże M), 'Madder Red' (aaaah) i 'Ambling Alp' (mniam) w wersjach koncertowych to jeszcze bardziej masakryczno-taneczna hedonka niż ta, która ukrywa się pod brzydką okładką drugiego krążka. Rączki wzniesione pod niebiosa, marakasy i tamburyny do rąk, zamykamy oczka i bez spoczynku lecimy aż do nieoczekiwanego bisu, w którym na deser, oprócz 'Red Cave' i 'Forgiveness' z 'All Hour Cymbals' chłopcy zaserwowali genialne, wprost apokaliptyczne zakończenie tego sycącego wieczoru, czyli 'Wait For The Wintertime' - przejmujący i iście szamańsko rozimprowizowany finał, którego strzelające laserami z gitar Muse może tylko pozazdrościć. [night]
Spotkanie face to face z muzykami po koncercie to szybka wymiana wzajemnych uprzejmości, pośpieszne wciskanie w ich ręce płyt i biletów z prośbą o autograf, uścisk dłoni i cyk, kolejny spocony fan zajmuje Twoje miejsce po raz kolejny powtarzając „it was an amazing show, thank you”. Tak to z reguły wygląda… No chyba, że przybijasz sobie piątkę z Yeasayer, którzy są najrówniejszymi gośćmi z równych.
Kluczem do Ananda okazała się Polska wódka, którą dostał od nas w prezencie. W zmęczonych oczach pokazał się błysk radości, uniósł butelkę do góry, obejrzał z każdej strony, wypytał o smak, czy pije się ją czymś popijając, czy da radę bez, po czym zagaił przekornie: „Ej, a wiecie, że pierwszego listopada przyjedziemy do Polski? Hahaha... Nie mogliście tego wiedzieć, bo dopiero dziś dograliśmy szczegóły!”. Ucieszył go też entuzjazm dotyczący zagrania 'Red Cave' – „O taaak! Też to lubię! Gramy Red Cave wyjątkowo rzadko, ostatnio chyba z sześć miesięcy temu, ale chyba nieźle wyszło, nie?”. Oczywiście pytanie było czysto retoryczne, bo koncertowo wbili nas w podłogę. Pogadaliśmy jeszcze chwilę i trzeba było ustąpić miejsca Hiszpankom, które przybiegły z dzikim piskiem. Jednak potem Anand za każdym razem spotykając nasz wzrok uśmiechał się i wskazywał na wódkę dając znać, że pamięta, zabierze z sobą i jak stwierdził „rozpiją po drodze w autokarze”.
Ira z kolei okazał się najmilszym, najdowcipniejszym i najcieplejszym człowiekiem jakiego ludzkość dała światu. Spędziliśmy razem godzinę przesiadując na pustej już scenie i paląc papierosy pod klubem. Głownie mówił Ira, wypytywał, zagadywał, śmiał się z naszego grania na instrumentach pod sceną, jednocześnie mówiąc, ze to było słodkie i upewniając nas, że nasze popisy siedziały w rytmie. Na słowo Polska zareagował z entuzjazmem: „Kocham Polskę i Polaków!”. Byłam przekonana, że chodzi o Opener i ich występ sprzed miesiąca, ale okazało się, że 15 lat temu Ira wraz z chórem spędził kilkanaście dni jeżdżąc po naszym kraju (Wrocław, Kraków, Warszawa), wspomina to z rozrzewnieniem, a w pamięć szczególnie wbiła mu się wizyta w kopalni soli w Wieliczce… Na uwagę, że Czesi to nudziarze i nie potrafili się bawić na koncercie odparł: „Niczego innego się nie spodziewaliśmy! My tu sprzedaliśmy 7 płyt! Wiecie, jak to jest – po co kupować jak można ściągnąć z Internetu za darmo. Ale przyjedziemy do Polski! Najprawdopodobniej z Suckers.” Piski podniecenia supportem zbiły go z tropu. „Znacie Suckers? Skąd? Przecież oni nawet w Stanach są prawie nieznani! Hahaha - wy Polacy jesteście jednak pojebani!”. Na prowokujące zaczepki dotyczące jego wygniecionej fryzury, reagował śmiechem i tak też poradził sobie z pijanymi Czechami, którzy na papierosie obrzucili nas wyzwiskami. Wszystko obrócił w żart i tylko spojrzał wymownie. Wracając do klubu wspomniałam, że trochę smutno, że Chris nie przyszedł. Na co Ira stwierdził „wiesz, on taki jest… I źle się czuje”, porwał płyty i tamburyn i po kilku minutach wrócił z backstage’u z podpisanymi przez Chrisa souvenirami. „Macie jakąś kartkę? Dajcie mi swoje nazwiska, a wpiszę was na guestlistę w Warszawie. Zajebiście było Was poznać! Muszę lecieć, bo jeszcze dziś jedziemy do Szwajcarii…”. Wyściskaliśmy się, przybiliśmy sobie piątkę, a Ira zniknął za sceną, żeby zebrać rzeczy, zarzucić plecak na ramię i ruszyć do autokaru. No więc, do zobaczenia w Warszawie! Tym razem zapraszamy na Żołądkową. [stonysleep]
Autolux wystawili naszą cierpliwość na najcięższą z prób, podobną do tej jaką zaserwowali nam ostatnio The Radio Dept. Mając na uwadze fakt, że lata w muzyce mijają znacznie szybciej niż te zwykłe, kalifornijski tercet powinien też wiedzieć, że przez minione sześć lat co poniektórzy zdążyli zapomnieć o sile rażenia zacnego debiutu i swoją pozycję trzeba znów odbudowywać niejako od podstaw. Szwedzi na niekończącym się wodzeniu nas za nos przy okazji przeciągania premiery 'Clinging To A Scheme' w konsekwencji jednak się nie przejechali. A jaki los spotka 'Transit Transit'?
W skrócie rzecz ujmując, nie jest tak dobrze jak być powinno, ale z drugiej strony nie jest tak źle jak być nie powinno. Konstrukcja lekko zawiła, więc wypadałoby pytanie ponowić. Czyli jak jest? Nad wyraz solidnie. Na szczęście punktem wspólnym łączącym 'Transit Transit' z 'Chinese Democracy' jest tylko i wyłącznie długość oczekiwania, a nie wymiar jakościowy, o co można się było obawiać. Pomijając te drugorzędne szczegóły i wyobrażając sobie, że nowy album dostajemy zaraz po płycie z balonami (?) na okładce, nie możemy być w takiej sytuacji rozczarowani, bo Autolux AD 2010 to cały czas ten sam zespół niewiele odbiegający od swego wcielenia sprzed lat sześciu.
Na debiucie Kalifornijczycy mieli kilka kawałków śmiało mogących pretendować do miana alternatywnych przebojów. 'Turnstile Blues', 'Blanket', 'Subzero Fun', 'Angry Candy' i pewnie coś tam jeszcze, czyli w zasadzie połowa albumu, była porządnymi dogrzewaczami osadzonymi na fascynacjach bliskich Sonic Youth i stylistycznie krążących wokół ekipy Kim Gordon indie-satelitach. Tutaj nie ma oczywistych singli, olśniewających gitarowych przejść, błyskotliwych refrenów. Tutaj błyskotliwość przejawia się raczej w czymś innym, co moglibyśmy określić nieoczywistością inspiracji i podążeniem trochę inną drogą niż epigoni słynnych herosów sprzed lat - bazą nadal pozostaje SY, lecz Autolux znacznie dalej odchodzą od tradycyjnie pojętych muzycznych cytatów i odniesień.
Minimalizm gitarowej alternatywy spotyka tuż obok siebie patenty stricte shoegazowe, a spokój wyciszonych, eterycznych fragmentów częstokroć nagle burzony zostaje zgiełkliwym przesterem, zgrzytem i noise'owym dysonansem. Rozpoczynający całość podniosły klawisz w kompozycji tytułowej ulega trąbkowej deformacji, by za chwilę w drugim na trackliście 'Censusie' uraczyć charakterystycznie dla nich obniżonymi gitarami i totalnie zahipnotyzować w doskonałym 'High Chair'. Czyli granica przebiegająca gdzieś między elegijnością Soulsavers a nieobliczalnością i niezależnością wczesnego The Dandy Warhols zaciera się w zupełnie niewidoczny sposób. Ta niesamowita spójność, przez niektórych niesłusznie mylona z monotonią czy topornością, jest z pewnością dużą siłą tego krążka. Wszystkie elementy układanki idealnie do siebie pasują.
Na 'Future Perfect' takim najbardziej wbijającym się w pamięć momentem prawdopodobnie należałoby określić 'Turnstile Blues'. Teraz w pierwszej kolejności odesłać należy chyba do indeksu numer cztery, gdzie w pilotującym całość 'Supertoys' pykająca na perkusji Carla Azar wzbogaca swymi optymistycznymi refrenami partie jak zawsze lekko znudzonego Eugene'a Goreshtera. Nasuwa się czasem skojarzenie z innym znakomitym damsko-męskim duetem Amadeo Pace - Kazu Makino i swoistym połączeniem ich najnowszej dreampopowej odsłony z alternatywną przeszłością Blonde Redhead. Zaraz potem włączamy 'Spots' i obrazek czteronogiej tenisistki z coveru '23' znika, by zostać zastąpionym pojawiającym się w naszej świadomości kadrem z Markiem Linkousem czy, co chyba bardziej adekwatne, Jasonem Lytle, który równie dobrze mogliby zaszczycić ten kawałek swoim rozmarzonym wokalem.
Chociaż w bezpośredniej konfrontacji 'Transit Transit' zostaje mimo wszystko wypunktowane przez swoją poprzedniczkę, tytuł 'Future Perfect' w dalszym ciągu nie traci na znaczeniu, bo amerykański tercet godnie obronił swój honor wychodząc OBRONNĄ RĘKĄ z tej arcyciężkiej PRÓBY DRUGIEJ PŁYTY. Powieście więc chłopaki i dziewczyno projektanta tej nieziemsko paskudnej okładki na haku i nie każcie więcej tyle na siebie czekać, bo cierpliwość słuchaczy też się kiedyś kończy.
Australia ma dobrych pływaków i ocean świetnych wykonawców z nurtu elektro: Pnau, Van She, Cut Copy, Ladyhawke (ta to akurat z Nowej Zelandii ale zaliczam), Miami Horror czy The Presets stanowią o sile tego, jak mówią, najmniejszego kontynentu. Internet mi podpowiada, że wypadałoby tu jeszcze dołożyć Sneaky Sound System, ale tego akurat nie znam, więc podaję na pałę. Midnight Juggernauts, choć wśród kangurów mają status gwiazdy, są u nas kompletnie pomijani.
Pochodzące ze słonecznego Melbourne (PÓŁ)NOCNE CIĘŻARÓWKI są natomiast popularne w Rosji i w Brazylii (wg RYM), zapewne z uwagi na fakt, iż stety-niestety w Polsce inicjały MJ zostały na wieki przypisane do pierwszego w historii solisty, który się rozpadł. Obok popularnych iwanów i brasileiros wielkim fanem Midnightów jest też, uwaga: znany i lubiany Wayne Coyne, któremu jak wiadomo najbardziej podobają się różne kolorowe światełka i inne efektowne rozwiązania sceniczne, a tych Aussie używają z lubością zarówno w teledyskach jak i podczas występów. Kolega powiedział mi, że nie ufa zespołom, które mają wysokobudżetowe klipy. No ale przecież między nienawiścią, a zaufaniem jest jeszcze kilka stanów pośrednich. Na przykład: lubienie.
No bo przecież obok zabawy świecidełkami MJ mają swoje zasługi także na polu poszerzania horyzontów muzyki. Tak przynajmniej podają zachodnie media. Ja aż do tak pompatycznego stwierdzenia się nie posuwam. Cokolwiek poszerzać to mogą co najwyżej The Avalanches (tak, też Aussie). Bliżej mi do stanowiska że, w zakresie formy Midnight Juggernauts to takie australijskie Muse. Jest pompa, są świecidełka, są lampki na teledyskach, jest szaleństwo koncertowe. Faktem jest jednak też, że jakiekolwiek bliższe zaszufladkowanie tego tria to robota iście benedyktyńska. Barokowe loopy, syth-dźwięki i stricte elektroniczne przestrzenie zderzają się nagminnie z akustycznymi lub surowymi gitarami. Bezczelnie bogata ornamentyka wykręca kosmos, by po chwili wypluć jakiś minimal. Ten stół jest zastawiony niezwykle suto, a utwory, zespolone ze sobą w konwencji niekończącej się międzygwiezdnej podróży, nie pozwalają na chwilę refleksji. Albo jedziesz z nami albo wysiadasz – zdaje się mówić swoim minorowym głosem Andy Juggernaut, a Vincent Vendetta łypiąc okiem zza swoich vangelsowato brzmiących hammondów, cytując WWO, dodaje z przekąsem, że jeszcze będzie czas by odpoczywać, pan na perkusji zaś, posługujący się normalnym nazwiskiem Stricker w tym czasie oszczędnie i odpowiedzialnie puka w cowbell. No ok. Gdy już ktoś zdecyduje się na pozostanie wewnątrz tego dźwiękowego rollercostera i pozwoli obwieźć się po galaktykach w kosmicznej ciężarówce, to o ile z początku może doznać wrażenia szumu i informacyjnego przepychu, gdy uczciwie dotrwa do końca przekona się, że bomba megabitowa jednak nie wybucha, wszyscy są cali, zdrowi i uchachani i na dodatek chcą więcej. Monumentalność może przytłaczać, zgadza się, ale rozbuchane, epickie, zajmujące szerokie spektrum progresje w duchu wczesnego Genesis czy King Crimson nie zlękły przecież tak zacnych i łagodnych przedstawicieli tricolore jak Justice (dawno, dawno temu, w odległej galaktyce MJ napisali „Shadows” zżynające elegancko właśnie z muzy autorów "D.A.N.C.E.") czy M83, którzy wzięli ich na support. Nie ma się czego obawiać - „Dynasty” brzmi jak David Bowie śpiewający do podkładów Daft Punk, a zdarzają się też kwestie w duchu innej, nieco już zapomnianej, sławy z antypodów INXS.
Przy okazji Midnight Juggernauts udowadniają, że w tej ciepłej krainie mają poczucie humoru, bo oprócz kosmicznej ciężarówki prowadzą również swój własny label o wdzięcznej nazwie Siberia Records. Czy to z tęsknoty za chłodem, czy też w podziękowaniu za uwielbienie fanów z Rosji – nieważne. Ważne, że choć chyba jeszcze nic nie wydali, to zapowiadają małą petardkę w postaci Kirina J Callinana (sprawdzimy). A wy sprawdźcie, jeżeli wam mało i lubicie nurzać się w takim cosmic progowym klimacie, longplay australijskiego PVT „Church With No Magic” (zespołu, który ostatnio wypączkował ze słynnego Pivot). Tylko nie utońcie.(held)
Żeby nie być gołosłownym poniżej prezentujemy bardzo efektowny klip do "Vital Signs".
Z uwagi na poruszenie jakie było udziałem naszych naszych serc i umysłów, w związku z wiadomą bytnością na festiwalu w Katowicach, tym razem omawiamy zbiorczo dwa notowania. Cieszyć może fakt, że pomimo iż niemal cała redakcja zjawiła się na Muchowcu, lista żyła swoim życiem i każdy jakieś tam punkciki poprzyznawał. W TELEGRAFICZNYM skrócie: w notowaniu 110 wygrało po raz kolejny Deerpeople a w 111 niespodziewanie ZDETRONIZOWAŁ ich Jens Lekman.
Notowanie nr 110 Już Wyspiański pisał, że Deerpeople i Chińczyki trzymają się mocno. Night postanowił pomyszkować wśród muzycznych prawdziwków spoza kręgu pitchforkowego i znalazł ten oto kawałek, dzięki któremu kapituła FURS mocno zastanawia się nad przyznaniem Kamilowi odznaki "Przodownik pracy organicznej" im. Stanisławy Bozowskiej z okazji dzisiejszych urodzin. No ale nim do tego dojdzie to również inne Fursiaki wyławiają niezwykłej urody perełki. Kadaf odzywa się rzadko, ale jak już coś podrzuci, to skarpetki spadają. Secret Cities z kawałkiem Pink Graffiti pt. 2 nie mają nic wspólnego z Arielem ani tym bardziej z hip-hopem. Na tę romantyczną propozycję Kadafa głosowały głównie artystyczne dusze z naszego forum, a że takich Ci u nas pod dostatkiem to wysokie miejsce było pewne. Oczko niżej Jens Lekman, który, jak potwierdziło kolejne notowanie, najniższym stopniem podium się nie zadowolił. Zawód spotkał zapewne fanów singerów-songwriterów, gdyż ani Damien Jurado ani Sam Amidon ani David Vandervelde (53 miejsce ) nie znaleźli należnego im poklasku.(held)
Notowanie nr 111 Zdziwko? Idź na piwko. Tym przepięknym sucharem chciałbym uczcić mięciutkie lądowanie Jensa Lekmana na szczycie listy. Po raz pierwszy od niepamiętnych czasów (najstarsi górale...) na miejscu pierwszym znalazła się piosenka, która nie była nowością. Można to podpiąć pod względną słabość nowych propozycji, ja jednak dostrzegam w tym proces normalizowania się naszych notowań.
Na miejscu trzecim jeden z kilkudziesięciu singli ASH, którymi obdzielają i do końca roku obdzielać nas będą z niesamowitą, wręcz protestancką dyscypliną. Jakość tych utworów jest różna, były takie, które nie zapałały się nawet do naszego szerokiego top 100, były rodzynki które ocierały się o wysokie laury, zaś dopiero otagowane w ashowym alfabecie jako Q "Binary" dostąpiło zaszczytu uhonorowania najpierw srebrnym a teraz brązowym medalem. Nie muszę mówić, że do pełni szczęścia brakuje im już tylko krążka z najszlachetniejszego kruszcu. Dalej najwyżej notowana nowość, która przywołuje ciepłe australijskie plaże, delfiny i czołówki serialów kryminalnych z lat 70. Choć w Melbourne obecnie trwa zima i chłopaki muszą ubrać koszulki to na naszej liście w pojedynku na gołe klaty z innymi młodymi gigantami okazali się lepsi o włos. Co nie oznacza, że Young The Giant składają broń. Wydaje się, że w kawałku "My Body" jest potencjał na mieszanie w zestawieniu przez długie tygodnie. Jakbym miał wymienić jakieś zespoły ze Słowacji to miałbym ogromne problemy. The Bridgeheads rozwiązują tę łamigłówkę i teraz by mnie zagiąć trzeba zapytać o zespoły z Abchazji. Co prawda Bridgeheads rezydują obecnie w Londynie i brzmią jak Radiohead i Elbow za swoich smutnych czasów, to słowiańskich, bliskich nam, korzeni się nie wyrzekają. Dodajemy "do obserwowanych". Warto też nadmienić obecność w zestawieniu najlepszej piosenki na dziwnie niedocenianym drugiem albumie These New Puritans. "Hologram" grany na dwa fortepiany i trąbki został okraszony genialnym teledyskiem, ascetycznie i dobitnie wskazującym, że pora zamykać drzwi. Shut the doooooooor.(held)
Poniżej bohater ostatniej akcji: Jens Lekman z kawałkiem o bluźnierczym tytule The End of the World Is Bigger Than Love
Na szybko i czerstwo można powiedzieć, że wszystko co dobre, kiedyś musi się skończyć i tym samym imprezka na którą z utęsknieniem czeka się cały rok, też musi kiedyś dotoczyć się do mety ku naszemu niezadowoleniu. W relacji tej nie napiszemy o zbyt ciasnych strefach gastronomicznych, kolejkach ustawiających się w jedynym dostępnym przejściu między scenami, osiągających rejony dwójkowe fatalnych zapiekankach z mikrofalówki, niedosmażonych kiełbaskach, mniejszych od paznokcia stekach czy szaszłykach za niebotyczne siedem kuponów. Próżno też szukać zachwytów nad turystycznymi walorami pięknych Katowic ni narzekań na nierzadko przypadkową publiczność, która przyjechała specjalnie na OSTRego czy Hey, milusich ochroniarzach ze śmiercią wypisaną na twarzy nakazujących wyrzucić ci sześć lizaków bo przecież "słodycze z panem nie wejdą" (tekst miesiąca). Nie przeczytacie też o pewnym wbitym gwoździami w ziemię frajerze skutecznie uniemożliwiającym odbiór koncertu Flaming Lips, który mimo że dostał za to parokrotnie balonem w łeb, powinien dostać czymś znacznie twardszym. Na wszystko to nie ma w tej relacji miejsca, bo przecież tutaj LICZY SIĘ MUZYKA, która według pewnych źródeł jest czymś więcej. Hehehehehe.
Wraz z Ecstatic Sunshine Amerykanie otworzyli tegoroczną edycję Offa, w ramach jedynego koncertu odbywającego się poza Doliną Trzech Stawów. Górnośląskie Centrum Kultury zdało egzamin - Martin C. Schmidt poczuł się w nim jak socjalista, a publiczność zapadła się w wygodne krzesła przy elektronicznej (gdzieś między glitchem a ambientem), klikającej muzyce Matmosa. Panowie nie ograniczyli się na szczęście do laptopów, mieli też z sobą zabawki i przeszkadzajki - jeden z utworów został odegrany przy akompaniamencie falującej blachy. Do tego bardzo dobre wizualizacje, konferansjerka, oraz - jak twierdzą niektórzy - chopinowski element w postaci remiksu jednego z utworów naszego klasyka. Być może to przez kontrast z dość średnim, animalowym supportem (zaproszonym później na bis), ale dla mnie inauguracja festiwalu wypadła bardzo dobrze. [kidej]
The Psychic Paramount 6.08, 17.00-17.40 (Scena Eksperymentalna)
Jednym z lejtmotywów mojego Offa 2010 były zespoły hałasujące, ale jednocześnie bardzo pulsujące regularnym rytmem. Plum, Ed Wood, Prawatt & Mirna Ray, wreszcie Psychic Paramount - połączenie karkołomne, ale u wszystkich oprócz przyjemnego hałasu znalazłem dobrze pracującą sekcję rytmiczną (bębniarz Eda Wooda to potwór!). Amerykanie byli pierwszym zagranicznym zespołem, jaki zobaczyłem w Dolinie Trzech Stawów, i trudną rolę otwieracza wzięli na klatę bez większego wysiłku. Słabo znam płyty, więc nie wiem, ile było utworów z którego albumu i może dzięki temu łatwiej mi było traktować ten występ jako płynącą całość, spójny zestaw około-noise'owych instrumentali (no bo nie przesadzajmy, to nie był żaden niesłuchalny hałas). Niektórzy kręcą nosem, że było za cicho i za mało dziko, a dla mnie w sam raz. Od tego momentu festiwal nabrał tempa, które spadało do końca bardzo rzadko. [kidej]
Toro y Moi 6.08, 17.50-18.40 (Scena Trójka Offensywa)
Bundick miał trudne zadanie z dwóch powodów. Po pierwsze - musiał zadowolić wyznawców kultu "Causers", po drugie - malkontentów, zapowiadających spektakularną klęskę, gibanie się za laptopem, fałsze wokalne. Sam przyznaję, że trudno było się nie obawiać widząc niektóre fragmenty jego live'ów na youtube. Z tym większą ulgą przyjąłem, że o kompromitacji nie było mowy - nie każdy naturalnie musiał być zachwycony, ale mało kto powie, że oto upadła nadzieja blogosfery. Toro wystąpił z basistą i perkusistą, sam obsługiwał klawisze i laptop, no i oczywiście śpiewał. Brzmienie z "Causers" jest nie do odtworzenia na żywo, ale zabrakło niewiele, i co najważniejsze - fani dostali swoje ukochane piosenki w wersji niemal niezniszczonej. Można mieć zarzuty do towarzyszących Bundickowi muzyków (zwłaszcza bębniarza), którzy umiejętności mieli najwyżej średnie, ale sam mistrz ceremonii spisał się świetnie. Podobnie zresztą jak publiczność, ponoć najlepsza, jaką Toro miał do tej pory. Tym samym teorię, że chillwave na żywo może zabrzmieć tylko beznadziejnie, można uznać za obaloną. [kidej]
Black Heart Procession 6.08, 19.40-20.30 (Scena Trójka Offensywa)
Jednym z większych dylematów tegorocznej edycji był wybór między tymi cmentarnymi pieśniarzami, a nie mniej gotycko ukierunkowanymi Brytyjczykami z The Horrors. Jak się później okazało, nie warto było iść ani na jednych, ani na drugich, ale ja - jeszcze wtedy nie uświadomiony - znalazłem się właśnie prawie-że-pod-sceną na BHP. Będąc szczęśliwym uczestnikiem jednego z ich fantastycznych majowych gigasków, gdzie rozwalili mniejsze od mojego o małego pokoju krakowskie Re, poleciłem ten koncert rzeszy znajomych, a nawet rodzinie, by później wysyłać im kartki z przeprosinami (oczywiście nie zrobiłem tego, ale mógłbym zrobić). Po reklamach tego koncertu, jego rzekomego "specjalnego programu" i "specjalnego składu", tego co mnie spotkało przed trzema miesiącami, wspomnieniach dwumetrowego czarnego basisty itd. spodziewałem się tutaj prawdziwie koncertowej popisówki. Okazało się że życie to suka, a to co zastałem, było okrojonymi do dwóch członków zgliszczami zespołu, wywijającego swe, na albumach wstrząsające, a tutaj po prostu spowolnione do granic możliwości knajpiane pieśni na klawiszach, gitarce i pile. Zadawałem sobie pytanie "jak można tak zmasakrować 'Blue Tears?'", ale nikt nie udzielił mi odpowiedzi i jedynym sensownym wytłumaczeniem tego faktu jest to, że zadawałem sobie to pytanie w myślach. Najbardziej olśniewającym aspektem pozostała więc złota plomba Palla Jenkinsa i moja świadomość, że składu na ich fenomenalnych albumach już nikt na szczęście nie okroi. [night]
The Horrors 6.08, 19.40-20.30 (Scena mBank)
Najbardziej oczywistą i najczęściej powtarzaną kwestią odnośnie występu The Horrors była jego zbyt wczesna pora. I tu nie sposób się nie zgodzić. Demoniczność tych kilku chłopaków jakoś kompletnie się rozpłynęła. Ani nie wyglądali już tak upiornie i horrorowato, ani nie sprzyjało im światło… Pozostała tylko i aż muzyka. Nowofalowe granie z „Primary Colours” rozkwitło w pełnej krasie najlepszych kawałków owej płyty. „Mirror’s Image”, „Three Decades”, przebojowe „Who Can Say”. Odniosłem wrażenie, że piosenki te zabrzmiały nieco wolniej, nieźle, ale jakoś bez pasji. Na całe szczęście kolejne highlighty w postaci mocarnego „New Ice Age” (tick, tick, tick,tick dead!) i hipnotycznej melodii „Scarlet’s Field” wynagrodziły sprawę. W końcówce dało się jeszcze usłyszeć „Sea Within A Sea” i kilka innych ciągnących się przez kilka ładnych minut numerów, na które to jednak nie miałem czasu, bo już gdzieś tam na innej scenie czekał Eddie Argos z kompanami. The Horrors – koncert udany, raczej nie rewelacyjny. [zwolniak]
Art Brut 6.08, 20.40-21.30 (Scena Leśna)
Eddie Argos nie od dziś znany jest jako wyjątkowo żywiołowa koncertowa osobowość. Taki to już gość, który albo musi skakać na skakance zrobionej z przewodu i mikrofonu, albo rzucać się na publiczność, albo w ogóle brnąć w tłum i nie zamykając się ani przez moment namawiać wszystkich do przykucnięcia i wysłuchania tego co ma do powiedzenia. Z zespołami pokolenia garage rock revival natomiast, jest generalnie zawsze ten sam problem – swoje najlepsze płyty nagrali sto lat temu i od tego czasu tylko sporadycznie próbują o sobie przypomnieć, wydając studyjne albumy nijak nie przystające poziomem do klasycznych debiutów. Podobnie jest z Art Brut, wbrew obiegowym opiniom niektórych portali. Londyńczycy zdają się mieć tego świadomość, bo na ich offowym występie przeważały kawałki z kapitalnego „Bang Bang Rock & Roll” (naliczyłem sześć, ale może było ich nawet więcej), uzupełnione kilkoma singlami i (powiedzmy) highlightami z dwóch pozostałych płyt. Na szczęście Eddie Argos jest na tyle przebojową, zabawną i charyzmatyczną postacią, że nawet z nijakiego utworu potrafi wycisnąć esencję i sprzedać go na żywo niczym (direct) hit. Dużą frajdę musieli mieć zwłaszcza dobrze rozumiejący język angielski fani tej angielskiej formacji, bo konferansjerka pomiędzy piosenkami, wciąganie ludzi do zabawy albo zmienianie na poczekaniu tekstów piosenek („He’s only twenty-NINE and he’s out of control”), które to obowiązkowe punkty stały się już niejako znakiem rozpoznawczym frontmana Art Brut, potrafiły rozbawić do łez. Jako wisienkę na torcie dla uważnych można było potraktować muzyczne i wokalne wtrącenia podczas niektórych piosenek (fragment „It’s The End Of The World As We Know It” zagrany na początku i końcu „Formed A Band” oraz fragmenty liryków Morrisseya wplecione tu i ówdzie). Za wrażenie artystyczne dostają ocenę przeciętną, ale w kategorii nieskrępowanej zabawy ich występ na pewno należał do festiwalowej czołówki. [emu & zwolniak]
Fennesz 6.08, 20.40-21.30 (Scena Eksperymentalna)
Do Fennesza mam pecha od paru lat. Z różnych powodów nie udawało mi się go zobaczyć nawet, gdy brakowało mi do tego kilkunastu metrów (Pukkelpop 2004, na którym wybrałem Franza Ferdinanda). To mogło mieć wpływ na mój zachwyt, ale też mogło być tak, że Fennesz zagrał po prostu kapitalny koncert. Szkoda, że z powodu małej pojemności namiotu eksperymentalnego nie mógł to być występ siedzący, ale zamiast stać w ścisku wycofałem się po prostu do tyłu, położyłem, i utonąłem w falach przesterów i glitchu. Z tego względu nie wiem, co Fennesz robił na scenie, jaką miał minę, jak często grał na gitarze i dłubał przy laptopie. Trzy razy zaatakował mnie gęstym dźwiękiem, rekompensując lata czekania i zapewniając sobie miejsce wśród najważniejszych koncertów Offa 2010. [kidej]
Jako, że nie jestem entuzjastą odgrzewania kotletów, jakkolwiek wcześniej były smaczne, postanowiłem pierwszego dnia festiwalu w okolicach godziny 21.30, na przekór wielu, w tym także sobie, udać się w kierunku trójkowego namiotu, licząc po cichu, że może przekonam się do tego niezbyt muzycznie oryginalnego zespołu, poruszającego się po wyeksploatowanym gruncie skandynawskiego, sigurrosowego post rocka ze szczyptą arcadefire’owego kolektywizmu. Na samym początku okazało się jednak, że czarny płaszcz z otaczającym na co dzień szyję szalem pozostały w Kopenhadze, a grupa zgotowała nam w Katowicach pozytywne, pełne szczerego uśmiechu i dobrej zabawy muzyczne przedstawienie godne Architecture in Helsinki. Byli niespodziewani goście z Czesławem Mozilem na czele, była świetnie współgrająca (cud w offensywnym namiocie!) wielogłosowość, był robiący za wodzireja, ubrany w wieśniackie szorty i wciągnięty w nie, nie lepszy t-shirt (podkreślający umiejętnie mięsień piwny) Casper Clausen, był w końcu wczuwający się, uzbrojony w alfonsowaty wąs i nisko opuszczony bas, przypominający rezydenta baru pod Błękitną Ostrygą Rasmus Stolberg. Do tego dołóżmy jeszcze trąbkę, „dziecięce” klawisze, nieco elektroniki, rytmikę godną Grizzly Bear (świetne, singlowe I Was Playing Drums oraz Modern Drift) i znakomicie bawiących się uczestników koncertu. Ta ostatnia sytuacja wynikała głównie z udanej interakcji między nami a nimi, z tego, że cytaty z innych poparte były bezpretensjonalnym luzem wykonawczym i umiejętnościami stricte muzycznymi. Efterklang okazało się pozytywnym zaskoczeniem i głównym kandydatem do orderu uśmiechu jeżeli chodzi o tegoroczną edycję Offa. [ethan]
Lenny Valentino 6.08, 21.40-22.40 (Scena mBank)
W trakcie biegu między scenami i strefą gastronomiczną nie ma czasu na sentymenty. Gdzieś coś zaczyna grać, myślami jesteś już na następnym koncercie, a i tak najchętniej poszedłbyś spać. W tym totalnym chaosie na scenie pojawia się zespół Lenny Valentino i zabiera cię na muzyczną wycieczkę po dzieciństwie, cyrku i sklepie z zabawkami. W głowie neony, karuzele, plastelina i piaskownica. Pięciu dobrze znanych mężczyzn przez 45 minut trzęsie światem wszystkich zgromadzonych, bo każdy z OFF festiwalowiczów doznaje przy płycie "Uwaga! Jedzie tramwaj". Bez względu na to czy urodził się na tyle wcześniej, żeby wcześniej widzieć ich live, czy dopiero przekracza granice niezalu. Na palcach jednej ręki zliczysz tych, których nie wzruszyły "Trujące kwiaty". To jeden z nielicznych koncertów, w czasie których boisz się ruszyć i odezwać, bo powietrze jest ciężkie od emocji i smutku. I to jest właśnie siła muzyki, nie jakieś Radiozet. [pao]
Zu 6.08, 22.30-23.30 (Scena Eksperymentalna)
Na tym występie spędziłem tylko kwadrans, ale to wystarczy, żeby w pełni zrozumieć opinie rozentuzjazmowanych, twierdzących, że Włosi pierwszego dnia odsadzili wszystkich na dwie długości. Trio zagrało z ogromną mocą, perkusista to zło wcielone i niszczyciel, a saksofonista i basista uwijali się jak w siarce w imię Szatana. Przez kilka minut stopniowali napięcie spokojnym intrem, by ruszyć z pełną prędkością i siłą. Jeden z tych koncertów, do których pasuje czerstwy opis "POZAMIATALI". Z relacji wiem też, że porwali się na "Marsz żałobny" Chopina - to musiał być strzał w dziesiątkę i idealny wybór dla akurat tej grupy. Mam nadzieję, że zobaczymy się jeszcze, już na całym koncercie, w warunkach klubowych. [kidej]
Tindersticks 6.08, 0.00-1.10 (Scena mBank)
Przyznam szczerze, ten koncert to dla mnie przełom. Tamtej nocy zrozumiałem jak wielkim nieporozumieniem był mój stosunek do tego zespołu. I co z tego, że nie wytrwałem do końca? To, co mnie irytowało i nużyło, w tamtej danej chwili stało się ich najmocniejszą stroną. Zapachniało tą francuską Prowansją, gdzie wino leje się hektolitrami przy akompaniamencie świeżego sera oraz wypieczonego chleba kończąc dzień spalony słońcem przy zbiorze winorośli. Ta południowo-francuska subtelność, nawiązująca do luzu muzyki Nowego Orleanu, i chwilowy wręcz minimalizm sprawił, że tamten wieczór stał się snem, do którego po powrocie do domu zamierzam wrócić i to z ogromną ochotą. [pidżej]
Trans AM 6.08, 1.20-2.20 (Scena Eksperymentalna)
Z powodu zmęczenia byłem w stanie zaliczyć tylko 20 minut ich występu, ale nawet przez tyle absolutnie warto, zwłaszcza, że rzadko grają na żywo. Koncert, który każe przedefiniować wizję postrocka jako muzyki instrumentalnej, apokaliptycznej lub jazzowo połamanej, bardzo seriożnej - oto wychodzi na scenę trzech macho z syntezatorami, prezentujących swoje spojrzenie na m.in. Kraftwerk i new romantic. Klawiszowe melodie podbite transowymi bębnami pomimo późnej pory mocno rozruszały namiot eksperymentalny, podobnie jak samcze komentarze muzyków. Z drugiej ręki: panowie grali jedząc batony i mieli na sobie siatkowe koszule, czego niestety z pozycji siedzącej nie mogłem zobaczyć. Cóż, starość doskwiera, ale te 20 minut to zawsze więcej, niż 0 minut. Gorąco polecam. [kidej]
Mouse On Mars 7.08, 19.40-20.30 (Scena Trójka Offensywa)
Toma i St. Werner, bohaterowie moich początków z "inteligentną" elektroniką (do dziś pamiętam, jak zrył mi głowę klip do "Distroia" na Vivie Zwei), byli na Offie moją wielką nadzieją i zarazem zagadką. W swojej karierze sięgali po techno, ambient, glitch, melodie i zgrzyty, a ponieważ nie widziałem ich wcześniej na żywo, zjadała mnie niepewność co do wcielenia, które wybiorą w Katowicach. Dotarłem do namiotu Offensywy i wszystko stało się jasne - Niemcy urządzili bezlitosną WIKSĘ, tylko oczywiście bardziej kwaśną i gęstą niż imprezy z klubu Ekwador. Nie było co liczyć na odegranie utworów z płyt - "Actionist respoke" pojawił się w mocno zdekonstruowanej wersji - ale kogo to obchodzi, gdy chce się tańczyć? Być może ta część mnie, która spodziewała się chorych eksperymentów, była lekko zawiedziona, ale tydzień po jestem w stanie przyznać, że jako dance-wodzireje MOM sprawdziło się świetnie. W idealnym świecie takie potańcówki odbywałyby się co tydzień.[kidej]
Archie Bronson Outfit w zasadzie niczym na swoim koncercie nie zaskoczyli, ale wszyscy ci, którzy jeszcze nie mieli okazji widzieć na żywo tego zespołu, a którym do gustu przypadła ich studyjna twórczość, powinni być usatysfakcjonowani. Sympatyczni brodacze odziani w etniczne stroje przypominające sukienki, prawdopodobnie zgodnie z zasadą „bogu świeczkę a diabłu ogarek”, mieli za zadanie zaspokoić potrzeby tej bardziej rockowo nastrojonej części tegorocznej publiczności. Na pewno przynajmniej częściowo im się to udało dzięki takim utworom z ostatniej płyty, jak „Magnetic Warrior”, „Hoola” czy „Wild Strawberries”, choć przyznać trzeba, że nie udało się Anglikom utrzymać napięcia przez cały swój występ. Płonne niestety okazały się także nadzieje fanów na to, że będą świadkami tańca golasów, do jakiego doszło na scenie na jednym z występów grupy, a którego urywki można zobaczyć na YouTube. Dobrze, że zespół zadbał o to, aby do warstwy wykonawczej nikt nie mógł mieć większych zastrzeżeń, choć osobiście żałuję, że poza dość rzemieślniczym odegraniem swoich kawałków Archie Bronson Outfit nie pokusili się o nic więcej. Chyba po raz kolejny okazało się, że niektóre zespoły nie powinny być, nawet w przypadku braku lepszych kandydatów, umieszczane na scenie głównej. [emu]
Tunng 7.08, 20.40-21.30 (Scena Leśna)
Pozytywność bijąca ze sceny tego sobotniego wieczoru, wynikająca z ich wewnętrznej potrzeby muzykowania, połączona z delikatnie siąpiącym, przyjemnym letnim deszczem oraz koślawymi podskokami na jednej nodze brodatego Mike’a Lindsaya, który okazał się autorem najbardziej pamiętanej, freak-okularowej solówki festiwalu, uwodziły. Uwodziła też, zmieniająca co i rusz swoje muzyczne zabawki, Becky Jacobs. I to zarówno swoją sceniczną szaro-myszowością, jak i dziecięcym wdziękiem. Ich głosy sprawiały natomiast, że żal po braku New Pornographers odszedł na chwilę w niepamięć (Bullets), a belle-sebastianowe marzenie zmaterializowało się w kapitalnie wykonanym Hustle. Jako entuzjasta jankeskiej indie folkowości z drugich stron gazet też miałem swoje „pięć” minut (Don't Look Down Or Back), a sercołamacz w postaci With Whiskey w jednej chwili sprawił, że przestali być dla mnie jedynie tym zespołem, który fajnie, na folktronikową modłę przerobił The Pioneers wiadomego zespołu. [ethan]
Mew 7.08, 22.50-23.50 (Scena Leśna)
Koncertowi Mew nie można było odmówić doskonałego nastroju. Późno-wieczorowa pora, eleganccy muzycy na czele z wokalistą w długim płaszczu, ciekawe wizualizacje i gra świateł, oraz rytmicznie poruszający się czarnoskóry tancerz… Muzycznie wszystko to za co ich lubimy o ile ich lubimy. Rozkoszne dla ucha gitarowe wymiatanie konfrontowane z niestrawnym dla niektórych „miauczeniem” pana przy mikrofonie. Trochę patosu, wizualizowanych gwiazdek na niebie i słodkich ballad. Z drugiej strony dynamiczne numery w rodzaju „Apocalypso” i „Repeater Beater”, przy których publika pod barierkami szalała. Niezagranie bisów nie wchodziło w grę, choć zanim je wywołano, widownia musiała się lekko napocić i nawrzeszczeć. Kiedy Jonas Bjerre i jego ekipa wrócili, wybrzmiały utwory, których zabraknąć tak naprawdę nie mogło - „Special” i „Zookeeper’s Boy”. Zdecydowane podium występów Offa 2010. [zwolniak]
Dinosaur Jr. 7.08, 0.00-1.10 (Scena mBank)
Bohaterami jednego z największych dylematów piątej odsłony Off Festivalu były zespoły, których nazwy kończą się kropką, czyli Dinosaur Jr. i The Radio Dept. Ci, którzy przedłożyli występ amerykańskich weteranów gitarowego rocka ponad szwedzkich przedstawicieli indie rocka łamanego na dream-pop, byli świadkami naprawdę solidnego setu, złożonego głównie z klasycznych kompozycji grupy występującej przecież od kilku lat w oryginalnym składzie. Koncert ten, jak się miało okazać, był transmitowany na żywo w radiowej Trójce. Wielka szkoda, że J Mascis musiał sobie radzić grając na pożyczonym sprzęcie (gitara od Black Heart Procession, przestery od No Age), ponieważ jego własny… nie doleciał na czas. Oberwało się za to zresztą niemiłosiernie Lufthansie (choć nie mogłem się oprzeć przekonaniu, że wstrzymał się z niecenzuralnymi słowami do czasu zejścia z anteny – ktoś może potwierdzić?). Tak czy inaczej, w efekcie brzmienie Dinozaura nie było idealne, co dało się usłyszeć zwłaszcza we wstępie do „Little Fury Things”, znacznie mniej hałaśliwego w wersji na żywo. Pozostałe elementy funkcjonowały jednak jak w starym, ale niezawodnym Fordzie Mustangu rocznik ’83. Solówki Mascisa były odpowiednio długie i odpowiednio wyeksponowane, wokal tak samo niedbały i znudzony a sekcja rytmiczna w charakterystyczny sposób nadawała odpowiednią dynamikę poszczególnym numerom. Kawał solidnego hard-rocka w najlepszym wydaniu! [emu]
The Radio Dept. 7.08, 0.00-1.10 (Scena Trójka Offensywa)
W pewnych kręgach kultowa już szwedzka formacja zagrała chyba najlepszy shoegazowy koncert w historii Offa. Wiadomo, wokal się zlewał, było dużo hałasu, ale znajomość piosenek i ich ogromna melodyjność pozwalały na ich nie tylko rozróżnianie, ale i śpiewanie. I tak o to można podsumować występ zespołu, który zagrał przekrojowo materiał ze swoich 3 płyt, ale warto również wspomnieć o trzech małych mankamentach sceny Trójki: namiot był za mały, bez podestu oraz wnioskując po słowach kolegi zły od strony akustycznej (na zewnątrz wokal okazywał się wyłaniać z chaosu). W czterech słowach o Radio Dept: szumowe Pet Shop Boys. [pidżej]
Zs 7.08, 1.20-2.20) (Scena Eksperymentalna)
Dla mnie jeden z najbardziej wstrząsających i powalających koncertów tego festiwalu. Zs – zespół z dziesięcioletnią historią, magicy brooklińskiej sceny nowej muzyki, niepoprawni improwizatorzy i wieczni zwolennicy metody DIY – skład instrumentalny ma raczej oszczędny: dwie gitary (puszczone tylko przez odsłuchy), saksofon, mały zestaw perkusyjny. Ale to był godzinny show-marzenie: piękne, surowe dźwięki, rozwijające się na naszych oczach kompozycje, momentami po prostu zniszczone noisem, który wprost rozwala czaszkę słuchacza. Jednocześnie mogliśmy obserwować niewiarygodny, żywy spektakl: wzajemne zrozumienie członków zespołu i łatwość, z jaką się komunikują na scenie, ich ogromne zaangażowanie w tworzoną muzykę, energię i emocje, z jakimi grają. To wszystko udzieliło się publiczności, entuzjastycznie reagującej na każde wyczekiwane mocne uderzenie. Dla mnie ten koncert był wyprawą do środka mojej własnej głowy i kompletnie wyprał mnie emocjonalnie. Czego więcej chcieć? Wielki szacunek dla OFF-a za sprowadzenie Zs do Polski. Może teraz będzie łatwiej zaprosić ich na klubowy koncert. [dopamine]
William Basinski 7.08, 2.50-3.50 (Scena Eksperymentalna)
Jeśli ktoś w mojej obecności stwierdzi, ze Basinski gra z iPoda, albo w trakcie koncertu sprawdza poczte i gra w pasjansa, nie ręczę za siebie. Czas obalić ten mit - otóż William był zaangażowany w swój występ nie mniej, niż niejeden hardcore'owiec. Laptop faktycznie był, jako źródło stanowiącego trzon jego występu loopu z "Vivian & Ondine", ale Basinski miał też na scenie magnetofon, na którym odtwarzał pętle z taśm. Każda taśma była zapętlona dosłownie, poprzez sklejenie początku z końcem. Nie było dla nich litości - każda z nich była odtwarzana tak długo, aż z powodu starcia tlenku żelaza stawała się zupełnie biała, i wtedy następowała zmiana. Oprócz tego pojawił się Chopin w interpretacji Nieznanego Gitarzysty Klasycznego - ponoć jedyne nagrania Chopina, jakie Basinski ma w swojej kolekcji. Ok, technicznie to brzmi interesująco, ale oszczędziłbym Wam tych szczegółów, gdyby nie krył się za nimi bardzo dobry występ. Tymczasem Basinski zaserwował niemal na koniec trzeciego dnia festiwalu kapitalne ukojenie i półsen, kompletnie rozmywający pojęcie czasu. Szkoda, że nie wszyscy widzowie umieli to docenić (nauczycie się kiedyś, że na koncertach się NIE ROZMAWIA?), szkoda, że organizatorzy nie byli w stanie sobie wyobrazić, że taki koncert (i chociażby Fennesza) lepiej by wypadł jako koncert siedzący. Zwolniak wynajął sobie do kołysanek Damona i Naomi, ja zaklepuję Basinskiego, notabene prywatnie świetnego gościa, co pokazał już w Poznaniu dwa lata temu, a na Offie tylko potwierdził. [kidej]
W tym roku na scenie trójkowej Offensywy, wokalistce Natalii Fiedorczuk przyszło niemal zapuścić korzenie. Jej artystyczny wizerunek przyszło nam ujrzeć w dwóch zupełnie odmiennych wersjach. Najpierw liryczne i spokojne kompozycje Nathalie & Loners, a dnia następnego żywiołowe kawałki zagrane wraz z Happy Pills. Po całkiem niedawnym przesłuchaniu ich albumów, z polskich wykonawców nastawiałem się najbardziej właśnie na ten koncert. I co się okazuje? „Nazywamy się Happy Pills i gramy piosenki”. Tak reklamowali się kilkukrotnie przez cały występ i jakkolwiek infantylnie mogło to już później zabrzmieć, trzeba im przyznać, że mieli rację. Proste, gitarowe numery oparte na chwytliwych riffach, fajnych melodiach i przyjemnym, dziewczęcym wokalu. Nawet jeśli członkowie zespołu nie zachwyciili mnie swoim poczuciem humoru to i tak nie trzeba było wiele do podchwycenia całej tej pozytywnej aury i cieszenia się sprawnym, porywającym gigiem. Poza materiałem z ostatniej płyty „Retrosexual” wybrzmiały starsze przeboje takie jak "Miles", kilka ballad oraz cover pixiesowego „Gigantic”. [zwolniak]
The Tallest Man On Earth 8.08, 17.00-17.40 (Scena Eksperymentalna)
Dla wielu prawdopodobnie najlepszy koncert festiwalu. Mattson pokazał, że nie trzeba baloników, laserowych rąk czy ton confetti by zrobić show. On to robi przy pomocy gitary, mowy ciała i mimiki. Przez 40 minut można było dostać wymarzone prezenty, których kulminacja nastąpiła zaraz po zerwaniu struny podczas końcówki "The Gardener", wtedy to The Tallest Man On Earth pokazał jak świetnie się bawi na koncertach żartując z własnej osoby przy aplauzie zachwyconej publiczności. Nie bójmy się tego powiedzieć: to jest w tej chwili największy skarb folkowego singer-songwriterstwa na świecie, nawet nie wiecie jak bardzo daleki od Bob Dylana. [pidżej]
Bear In Heaven 8.08, 17.50-18.40 (Scena Trójka Offensywa)
W zasadzie nie pamiętam już dokładnie jakim cudem znalazłem się jakieś 20 minut przed koncertem wąsatych Nowojorczyków w trójkowym namiocie, skoro poprzedzający ich gig Najwyższego człowieka na ziemi okazał się delikatnie mówiąc kapitalny. No ale jak już się tam znalazłem, wypadało zostać by czasu poświęconego na pokonanie kolosalnej drogi dzielącej oba namioty nie uznać za stracony. Nie załapałem się niestety na fotkę z gitarzystą, ale za to nasza forumowa maskotka już tak, czego okropnie jej zazdroszczę. Przechodząc do konkretów, 'Beast Rest Forth Mouth' przemawiało do mnie połowicznie, dlatego całą moją atencję skupiłem przede wszystkim na oczekiwaniu na trzy największe masakratory tego średnio-solidnego albumu: 'Lovesick Teenagers', 'You Do You' i 'Ultimate Satisfaction', które rzeczywiście po okresie nieśmiałego początku ukoiły moje uszy. Chociaż słowo "ukoiły" jest w tym wypadku lekkim semantycznym nadużyciem, bo pierwszy kawałek niestety lekko zawiódł będąc zagrany zdecydowanie wolniej niż wypadałoby go zagrać, a 'You Do You' też jakoś nie rozsadziło mi czaszki. Nagłośnienie, jak to w namiocie Trójki, było tak dobre, że aż przesadzone, przez co świetny skądinąd wokal Philpota często nie mógł się przebić przez klawiszowo-perkusyjno-gitarową meblościankę. Wyszedłem więc z uczuciem niedosytu, który za jakiś czas mieli wypełnić zjawiskowi Casiokids. [night]
Casiokids 8.08, 18.50-19.30 (Scena Leśna)
Casiokids zostali niekwestionowanymi autorami największej niespodzianki Off Festivalu. Grupa, która na tegorocznej płycie porusza się w rejonach delikatnego indie-popu i nieskrępowanego, niedbałego lo-fi, zaprezentowała swoje zdecydowanie bardziej radosne i żywiołowe oblicze. Nawet tak zwiewne kompozycje jak „En Vill Hest” nabrały na żywo zupełnie nowego charakteru, a „Finn Bikkjen!”, przesunięte wykonawczo w stronę electro-popu, okazało się prawdziwym koncertowym killerem. Energiczne aranżacje zostały bardzo dobrze przyjęte przez spory tłum zgromadzony pod Sceną Leśną, już trochę złakniony dobrej muzyki do tańca i zabawy. Pochodzący z zimnego Bergen w Norwegii muzycy, którzy swoją drogą dali się poznać jako wyjątkowo sympatyczny kolektyw, momentami chyba sami zdziwieni byli tak ciepłą reakcją polskiej (w przewadze) publiczności. Cieszy to tym bardziej, że przecież Casiokids to fursowi pupile, a recenzję ich płyty „Topp Stemning På Lokal Bar” możecie przeczytać na łamach naszego zine’a. [emu]
Shearwater 8.08, 19.40-20.30 (Scena mBank)
Trochę rozczarowany ostatnią płytą Teksańczyków, podszedłem do tego występu też w miarę sceptyczny sposób. Swoje zrobiła również nieodpowiednia pora na takie wydawać by się mogło emocjonalno-intymne (mimo całego swojego patosu vide 'Castaways') granie, a także słaba frekwencja w pobliżu sceny, pod którą swobodnie można było rozłożyć leżaczek podkradziony uprzednio z leżaczkowo-plażowej strefy chilloutu. Nie znam wielu osób, które ten koncert zdmuchnął z ziemi (może to dlatego, że generalnie nie było ich tam wielu). Nie znam wielu osób, które miałyby o nim przynajmniej pozytywne zdanie. Słyszałem że nuda, że słabo, że nie grają już 'My Good Deed', że nie było 'Snow Leoparda', że 'Rooks' miało wgniatać w ziemię aż do samej głowy, że Lao Che lepsze. Na mnie jednak Jonathan Meiburg, Kim Burke, Howard Draper i Thor Harris o aparycji pierwotnego człowieka z jaskinii pozostawili całkiem dobre wrażenie, mimo szeregu niesprzyjających okoliczności z pierwszego zdania. Zagrali mocniej, odważniej i zdecydowanie bardziej agresywnie niż na albumach. Świetnym początkiem w postaci najlepszego chyba reprezentanta najnowszej płyty 'Black Eyes' czy potężnym, gitarowym 'Century Eyes' pokazali że nie są tylko zgrają jadących na najmniejszych emocjach płaczliwych wrażliwców, choć czasami nimi również bywają - ale wcale nie mamy im tego za złe. 'Corridors' i 'Hidden Lakes' też przecież wybrzmiały znakomicie, odsłaniając ukryte na drugim planie walory 'The Golden Archipelago'. Jak się okazało offowa większość wybrała wyłażące na plan pierwszy walory "trzech dupeczek" z Dum Dum Girls. [night]
Trzeciego dnia, 20 minut przed godziną dziewiątą uczestnicy Offa postawieni zostali przed dylematem. Energetyczny hałas No Age czy kameralna, piękna nuda Damona & Naomi? W moim przypadku zaważyła ikoniczność dwójki, która tak istotnie wpisała się w historię dream-popu ponad 20 lat temu. Pan z gitarą o nieco zabawnej fryzurze i pani przy klawiszach. W namiocie sceny eksperymentalnej na kilkadziesiąt minut zapanowała atmosfera magiczna i urzekająca. Choć trochę obawiałem się nużącej monotonii z ich strony, to ostatecznie niczego takiego nie uświadczyłem. Począwszy od coverowego „Song To The Siren” przez kolejne oczarowujące kompozycje, para muzyków stanęła na wysokości zadania. Przeszło mi nawet wtedy przez myśl, że gdybym mógł wynająć sobie zespół, który każdej nocy śpiewałby mi kołysanki do snu, to na pewno byliby oni. [zwolniak]
No Age 8.08, 20.40-21.30 (Scena Leśna)
Widzieliśmy ich wcześniej, ale tylko zagranicą... Nareszcie, po raz pierwszy w naszym kraju, polscy fani noise rocka mogli urządzić sobie mosh pit pod sceną do szaleńczej muzyki No Age! Punkowe zacięcie, brudne brzmienie gitar, podrywające do skakania rytmy i szybkie przejścia, ginący w całej tej szamotaninie dźwięków głos Deana, grającego jednocześnie na perkusji – to znaki rozpoznawcze kalifornijskiego duetu. Było parę nowych utworów, ale chyba nic nie zrobiło świetnie bawiącemu się tłumowi pod sceną tak dobrze, jak „Eraser” i „Sleeper Hold”. Zespół wydawał się być zaskoczony wspaniałym przyjęciem. To był wyjątkowy koncert, jeden z najgłośniejszych na tym festiwalu, energetyczny, z wykopem, a do tego technicznie świetny. Jonathan Poneman, szef wytwórni SubPop (wydawca No Age), stwierdził po koncercie, że był to jeden z lepszych występów, jakie widział w wykonaniu No Age. A pisząca te słowa zaliczyła na tym koncercie najbardziej ekscytujący crowd surfing w życiu. Więcej takich mocnych uderzeń w Polsce, a może zmieni się nastawienie ludzi do eksperymentalnej, niełatwej muzyki! [dopamine]
The Raveonettes 8.08, 21.40-22.40 (Scena mBank)
W przypadku koncertowej formy Raveo, z fursowego obozu dochodziły do mnie skrajne opinie. Według jednej strony na belgijskim Dourze dali ciałka, według strony drugiej nieźle dogrzali, stawiając przed słuchaczem nic innego jak tylko imponującą shoegazową ścianę dźwięku. Po katowickim występie nie daję wiary, że dwa tygodnie wcześniej wersja pierwsza mogła w Belgii zwyciężyć. Sune Rose Wagner i Sharin "chciałbym żeby trzymała mój gryf" Foo zabrali nas bowiem, jak mawia młodzież, w przekrojową wycieczkę po swojej twórczości, zacieśniając frekwencję pod sceną do granic wytrzymałości. Jeśli wierzyć setlistom, poleciało odpowiednio pięć prawie najlepszych kawałków z płyty ostatniej (szkoda, że bez 'Suicide' i 'Boys Who Rape'), cztery numery z płyty przedostatniej, trzy z debiutanckiej epki, dwa z 'Chain Gang Of Love' i jeden rodzynek z 'Pretty In Black'. Highlightem wieczoru na pewno była świetna końcówka, czyli zagrane na deserek 'Ally Walk With Me' poprzedzone 'Love In A Trashcan' i 'Last Dance', które we własnym zakresie można było uzupełnić chórkiem "uuuuuuu" z czego wysłannicy FURS oczywiście raczyli skorzystać. W momencie kiedy zawiedli The Horrors, a rok temu trochę skompromitowali Pains Of Being Pure At Heart, Duńczycy musieli bronić dobrego imienia krążącego w podobnych okolicach grania i z pewnością im się to udało, czyniąc ze swojego seciwa naprawdę godny przedsmak przed występem gwiazdy wieczoru. Ciekawe kiedy sytuacja się odwróci i to trzy polskie zespoły będą grały na jakimś duńskim festiwalu ze statusem gwiazd wieczoru. [night]
Kolejny ogromny plus tegorocznego OFF-a: cudowna Merrill Garbus, która rok temu dała się poznać światu dzięki wydanej ostatecznie przez 4AD debiutanckiej płycie „Bird-Brains” i wspólnej trasie z Dirty Projectors. Nasz koncert był opóźniony o 20 minut i był rozpisany tuż przed The Flaming Lips, ale to nie odstraszyło tłumu w namiocie. Merrill, w swoim kwiecistym kostiumie, w towarzystwie jedynie basisty (Nate Brenner), zarządziła nami wszystkimi, na żywo miksując swoje charakterystyczne, ujadające wokale i połamane rytmy, wygrywane tylko na floor tomie, werblu i statywie. Zwycięsko wyszła z projektu „Inspired By Chopin”, wspaniale zapętlając zanuconą melodię Marszu Pogrzebowego ze swoim „Jumping Jack”. Entuzjastycznie przyjęta przez publiczność (dwa bisy, tupanie i skandowanie), miała z nami świetny kontakt przez cały koncert, żywo reagując na płynące z tłumu okrzyki. Szczególne uznanie za brawurowo wykonane „Hatari”, „News” i „Sunlight” na koniec. Wnioski: Merrill to kompletna wariatka i za to ją kochamy. [dopamine]
The Flaming Lips 8.08, 0.00-1.10 (Scena mBank)
Problemem zespołów, które znajdują się na fali od jakichś "stu lat", są koncerty festiwalowe. Nie sposób wymagać od gości z Oklahomy, by zagrali z tuzin swoich hitów w trakcie ilu...70 minut? Zwłaszcza, że wciąż promują ostatnią płytę. I chyba w tym leżał problem koncertu. To, czego fajnie słucha się w domu, już tak dobrze nie funkcjonuje na koncercie. Zresztą łatwo było zauważyć po reakcji publiczności, gdy wybrzmiewały: "She Don't Use Jelly" czy "Yoshimi Battles The Pink Robots, Part 1" czy wreszcie zwieńczający koncert "Do You Realize?". Byliśmy być może na najbardziej widowiskowym koncercie na świecie z balonami, biodegradowalnym confetti i facetami wychodzącymi z kobiecej pochwy, ale jest pewne "ale". Chcemy więcej, chcielibyśmy by wszystko trwało 2,5h i było wydarzeniem na miarę zeszłorocznego poznańskiego koncertu Radiohead, dlatego też panie Coyne zapraszamy ponownie na pełnowymiarowe widowisko, tym razem już z większą ilością soft bulletinowej przebojowości i psychodeliczności różowych robotów, ty "motherfuckerze"! [pidżej]
Jak wiadomo, każdy prawdziwy facet powinien kupić gitarę, wydziergać sobie kotwice i zbudować DOM. Coś chyba pokręciłem. W każdym bądź razie pewien Dominic ze stanu Massachusetts postanowił coś zrobić ze swoim smutnym życiem, w którym sprzedawał kokainę i gdy tylko zarobił nieco kapusty to kupił gitarę, zaczął robić sobie dziary, a potem sprytnie obcinając literki z imienia założył z kolegami DOM.
Jako, że Dominic lubi USA, bo żyją tam fajni ludzie, jest wolność i można spełniać swoje marzenia to napisał chwytliwą piosenkę „Living In America”, w której jak byk możemy usłyszeć, że niezwykle seksownie się tam mieszka. Nie dość, że podniosła ta pieśń posiada pozytywny przekaz i wskazuje na afirmatywny stosunek tych chłopaków do życia, to jeszcze przy okazji jest to niesamowity pocisk, łączący popową melodyjność z transowo-house’owymi akordami, po wysłuchaniu którego redaktorzy Pitcha nie mogli spać, a na drugi dzień wywiesili za oknem amerykańską flagę.
Twitter nie jest jakimś miarodajnym medium, więc tylko nadmienię, że zespół DOM właśnie tam określił swoją muzykę jako garage pop surf metal psych punk gingerwave sensation, więc już nikt z blogerów nie musi główkować, czy to co słyszy to noise pop, balearic, dream pop czy jeszcze jakiś inny postmodernistyczny trend. No ale by jeszcze na chwilę zatrzymać się przy terminologii deweloperskiej, można dopowiedzieć, że DOM stoi tam, gdzie kiedyś stało MGMT. To znaczy, ziomy produkują głównie krótkie, przebojowe piosenki z rozmytymi wokalami, dobrymi gitarami, odrobiną elektroniki i ze sporą liczbą zagęszczaczy. Choć co prawda, zdarza im się zbaczać również na dźwiękowe poletka obrabiane przez Delorean, Pixies czy The Raveonettes, a w ostatnim kawałku doszukiwałbym się wpływów college rocka spod znaku The Format, to jednak duch Goldwassera/VanWyngardena z czasów Oracular Spectacular dominuje niepodzielnie.
Jedno jest pewne. Kombinują lepiej od Dum Dum Girls, mają otwarte głowy i zmysł kompozycyjny. Choć na swojej pierwsze EPce nie przebili orzeźwiającej bryzy swojego najgłośniejszego songu, to potencjał zawarty w pozostałych utworach każe wypatrywać z nadzieją ich pełnowymiarowego debiutu, który według bardzo skąpych przecieków ma pojawić się jeszcze w październiku. Do tego czasu skoncentrujmy się na tych siedmiu utworach, a wrażliwcy obok słuchania mogą jeszcze głaskać kotka z okładki (jakaś nowa moda?). No nic… Był taki radziecki serial „Siedemnaście mgnień wiosny”, więc jako że w USA zawsze żyje się lepiej i wszystkiego jest więcej, to DOM dokładają dwa i wychodzi dziewiętnaście minut. Radosnych.(held)